Poza sobą

Prawdopodobnie jestem najgorszą blogerką, jaką widział świat (a w dobie komputerowego maksymalizmu jest to nie lada sztuka). Na blogu w...


Prawdopodobnie jestem najgorszą blogerką, jaką widział świat (a w dobie komputerowego maksymalizmu jest to nie lada sztuka). Na blogu wieje pustkami od niemal miesiąca, a komentarze od tego czasu wciąż zostawiam na jutro. Notatka w telefonie z tematami nowych tekstów doczekała się już trylogii. Aaa, chyba nie muszę wspominać o tym, jak bardzo rozmijam się z definicją regularności w temacie social mediów. Nic dodać nic ująć, kwintesencja zła wcielonego blogosfery we mnie. Co jest grane?

Pustostan. Termin, który od jakiegoś czasu stał się wręcz moim stylem życia; zdecydowanie zbyt często mi towarzyszy. Mówić jaśniej, powiadasz? Wszystko leci swoim tempem; chodzę na zajęcia, weekendami pracuję, jem, śpię, oddycham, żyję, słowem nic szczególnego. Jednak gdyby przyjrzeć się temu wszystkiemu jeszcze raz, dokładniej, można zauważyć jeden dość istotny szczegół. W tym życiu nie ma życia. Egzystowanie z dnia na dzień i mechaniczne wykonywanie obowiązków bez większego przemyślenia, oczywiście nic ponad to, co jest powinnością. Tak, to dużo bardziej trafny opis tego, co się dzieje. I nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak trudno było mi usiąść i napisać to wszystko. Nie nie, nie dlatego, że ma to być rzewne wyznanie z gatunku tych jest mi źle, współczujcie mi. Zwyczajnie zapomniałam już jak to jest! Rzeczy, które jeszcze nie tak dawno sprawiały mi ogromną przyjemność są teraz całkowicie poza moim zasięgiem. Zamiast materializować kolejne pomysły i rozwijać bloga, wolę jedynie gromadzić myśli w swoim notatniku. Zamiast pochłaniać książki jedna za drugą zastanawiam się, którego serialu jeszcze nie oglądałam. Tracę czas na bezcelowym scrollowaniu fejsa, bo tak mi wygodniej.

Wiem, że już parę razy się powtórzyłam i kolejny raz piszę coś podobnego. Zmierzam jednak do pewnej pointy. Zawsze tak bardzo chciałam się uchronić przed jałową wegetacją i robiłam wszystko, by moje życie tak NIE wyglądało, bym nie żyła nigdy poza sobą. Jednakże, przyjacielu, wystarczy jeden niewielki niuans, drobna zmiana w Twojej strefie komfortu i nagle gubisz się totalnie. Dobrze, gdy wiesz, co to za szkopuł. Problem rośnie dopiero wtedy, gdy tak naprawdę nie jesteś pewien, co jest przyczyną tego wszystkiego.

Cały ten marazm, wreszcie mniej więcej zidentyfikowany, stał się tak kompleksowy, że wraz z nowym pomysłem przychodziło mi na myśl jeszcze Ale po co to wszystko? Czy to Ci coś daje? Czy to daje coś komukolwiek? Po co? Będąc na tyle natrętnym, że powoli zaczęłam te myśli rozważać. Sprowadzając wszystko do perfekcjonizmu, nie muszę chyba mówić, jak często miewam chwile zwątpienia i wiary, że to co robię naprawdę ma sens. Zawsze starałam się jednak z tym jakoś uporać – tym razem coś mi chyba nie idzie.


Zatem z niemałym wstydem przyznając się do upadku, już bez niego melduję wznowienie prac i podjęcie walki. Zdaję sobie sprawę, jak często przewijał się tutaj rys ja – wojowniczka; tym bardziej czuję się zobowiązana. Jednocześnie w tym miejscu mam do Ciebie prośbę, z którą noszę się już dawno. Jeśli czytasz Niekulturalną i zwykle (albo lepiej – nigdy) nie dawałeś znaku, że tu jesteś; zrób to dla mnie i przełam schemat i daj o sobie znać. Pisały już o tym Natalia i Natalia, a oba te teksty oddają idealną esencję tego, co chciałabym powiedzieć i sens mojej prośby. Odsyłam Cię więc do tych dwóch wspaniałych dziewczyn i zapraszam z powrotem – niech to będzie takim małym wyzwaniem, nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla Ciebie. To jak? Mogę na Ciebie liczyć?

Zobacz również

0 komentarze