Życie online - o krok od deadline

Plan na dziś: Nie ma mnie w sieci.   I nie będzie przez najbliższe 3 dni. Mam dla Ciebie krótką historię. Historyjkę wręcz. Może naw...


Plan na dziś: Nie ma mnie w sieci.  I nie będzie przez najbliższe 3 dni.

Mam dla Ciebie krótką historię. Historyjkę wręcz. Może nawet trochę śmieszną, ale w istocie  bardzo smutną. Wyobraź sobie; poniedziałek, 10:00 rano. Przyjechałeś na wakacje, chcesz odpocząć i wreszcie odetchnąć. Kwaterujesz się w małym pensjonacie i nagle zdajesz sobie sprawę z tragedii, jaka Cię spotkała. Nie masz wifi. Brzmi znajomo? Aż za bardzo.

Tak, poniedziałek był dniem, w którym opublikować miałam coś nowego na blogu. Gdy dotarłam do Zakopanego i chciałam połączyć się z siecią, która przecież miała tutaj być, struchlałam. Hm, internet działa. Ale tak słabo, że jest praktycznie bezużyteczny. I wreszcie w głowie zaświeciła mi się lampka, bo coś poszło nie tak. Czy spadłam już na takie dno, że wyznacznikiem odpoczynku jest dla mnie stały dostęp do łącza?

Powiedziałam dość.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że za dużo czasu poświęcam na internetowe życie. Próbuję sobie to jednak tłumaczyć, bo przecież blog, fanpejdż, instagram; to wszystko robię przecież w dobrym celu, w końcu chcę się rozwijać, a te działania tylko temu dowodzą. Nie trwonię już, jak kiedyś, czasu na śmieszne koty na youtube’ie, a większość tego, co robię, pochłania właśnie blog i to, co z nim związane. Ale moment, zastanów się przez chwilkę. Czy jest to wystarczający powód do tego, by i w tym się nie zaplątać? W jednej chwili dostałam olśnienia; przez to co kocham mogę stracić coś o wiele cenniejszego. Coś, co również darzę bezgraniczną miłością. Moje ja.

Bo bywa tak, że zamiast  m n i e  moi bliscy mogą znaleźć jedynie nowe fotki na instagramie albo aktualizację statusu na facebooku. Dziewczyno, obudź się! Żyj! – chciałoby się głośno krzyczeć w takich chwilach. Bo mimo, że nie jestem ofiarą  powszechnie panującej gejmingowo- - jutubowej pożogi (o zgrozo, tylko tego by brakowało!), wiem doskonale, że (ostatnio zdecydowanie) zdarza mi się nadużywać uprzejmości mojego komputera.

Czasem, żeby coś sobie uświadomić w pełni, warto tę myśl zmaterializować. Robię to dość często; wyjąwszy już wszystkie check-listy i notatki w kalendarzu, ale właśnie tutaj – na blogu, najefektywniej przynosi to swoje owoce. Zapewne dlatego, że w razie odwrotu od zamierzonych celów mamy świadków dla swoich postanowień.
Tym razem zatem obiecuję sobie i Tobie, że zacznę zaciekle walczyć. Walczyć o siebie i osoby wokół mnie. O to, żeby BYĆ. I to BYĆ w pełnym tego słowa znaczeniu. Bez półśrodków i bez ulg. BYĆ.


Kto jest ze mną?

Zobacz również

0 komentarze