Z wiejskiej werandy o miejskim zgiełku

Lubię Wrocław. Lubiłam, kiedy zamiast lektora, miła Pani wyśpiewywała mi radośnie, że to już przystanek Arkady Capitol . I lubiłam to...



Lubię Wrocław. Lubiłam, kiedy zamiast lektora, miła Pani wyśpiewywała mi radośnie, że to już przystanek Arkady Capitol. I lubiłam to miejsce w kawiarni na rynku, przy przeszklonej ścianie, gdzie mogłam bezkarnie obserwować biegających bez tchu ludzi.
Lubię Kraków. Lubiłam codziennie wstawać o 6:20 i co wtorek słuchać opóźnionego wykładu z prawa cywilnego, bo doktor odwoził dziecko do szkoły.
Znam Wrocław, ale nie tak dobrze jak Kraków. Znam Kraków, ale nie na tyle, na ile bym tego chciała. Ale jest takie jedno miejsce, które znam na wylot, najlepiej i najdłużej. To taki mały punkcik, nazywa się Kalwaria; znajdziesz go ma mapie, gdzieś między Wadowicami i Skawiną. Nie widzisz? Przyjrzyj się uważniej. No obiecuję, na pewno tam jest! Masz? Uff, to dobrze. Bo gdybyś nie znalazł, zmartwiłabym się. No i nie miałbyś po co tego czytać.

Muszę przyznać; życie w mieście sprzyja mojej produktywności. W końcu tyle możliwości, tyle miejsc i tyle do doświadczenia, że człowiek czasem dostaje od tego wszystkiego zawrotów głowy. Zawsze byłam przekonana o tym, że moje miejsce jest w dużym mieście – wścibstwo sąsiadów zniwelowane do minimum, wszystko, czego mi trzeba mam na wyciągnięcie ręki, a do tego w tym całym szumie nawet nie ma szansy rozpamiętywać uraz i gorszych doświadczeń. Przez długi okres taki właśnie obraz budowałam w swojej głowie. Jednak jak doskonale wiadomo, wszystko weryfikuje czas. Mieszkałam w Krakowie niespełna dwa lata i naprawdę kocham to miasto. Jest mi tam dobrze i nie mam na co narzekać. Rzecz w tym, że całe życie (mniej lub bardziej) czekałam na ten moment, jednak gdy już przyszedł i wszystko miało się zmienić… Hmm, ciężko powiedzieć, bo po prostu nic się nie stało. I w sumie jeszcze ciężej jest mi jakkolwiek spointować tą myśl, zatem pozwól, że zostawię ją sobie, otwartą, by przemówiła do Ciebie sama.

Bo wiesz, przyjacielu. Sęk w tym, że ciągle nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Wiem, że moja przyszłość sensownie skleci się tylko na miejskim gruncie i tylko tam ma szanse zapuścić pierwsze korzenie. Ale gdy kolejny raz wracam do domu – tego z dużym ogrodem pełnym kwiatów wiosną, tego z moim pokojem i najwygodniejszym na świecie łóżkiem, tego, gdzie Czarny Diabeł mruczy, upodabniając się do małego traktora; czuję w środku, że tu będzie mi lepiej. Bo tutaj tworzę te rzeczy, do których potem wracam z sentymentem, tutaj jest moja rodzina, za którą mimo WSZYSTKO dałabym się pokroić, tutaj wreszcie czuję TEN spokój, którego brak mi gdziekolwiek indziej.

I choć tak bardzo kocham podróże i wieczne wędrowanie, jeszcze bardziej ukochałam sobie wracać z tych wypraw do domu.

Zobacz również

0 komentarze