Odpuść

Czas stanąć twarzą w twarz ze swoim lękiem, zmierzyć się z nim jak dojrzały człowiek. Nie jest to łatwe. Dlatego myśl o takim tekście d...



Czas stanąć twarzą w twarz ze swoim lękiem, zmierzyć się z nim jak dojrzały człowiek. Nie jest to łatwe. Dlatego myśl o takim tekście dojrzewała tak długo do momentu swojej materializacji. I wciąż, pisząc to, nie wiem, czy jestem gotowa na to, aby ukazać się światłu dziennemu i tak uzewnętrznić swoje uczucia. Screw that. Robię to dla siebie i bez względu na to, jak zostanie odebrane treść, którą chcę przekazać, już jestem z siebie dumna. Tak. Bo gdy trwa się w takiej sytuacji, jaka obecnie mnie dopadła, wydawać by się to mogło wręcz niemożliwe. A jednak jestem tutaj.

Od zawsze byłam osobą, która nie była „dość dobra”. Zamiast pochlebstw i pochwał za najmniejsze drobiazgi, ciągle uświadamiano mi, że stać mnie na więcej i następnym razem muszę postarać się jeszcze bardziej. Czy to było złe? Ciężko mi na to odpowiedzieć jednoznacznie. Bo z jednej strony cieszę się, że nie spoczęłam na laurach i ciągle starałam się piąć wyżej, robić więcej, działać lepiej, a z drugiej… cóż, perfekcjonizm każdego dnia uwiera moją osobowość.

Silny charakter - wielu tak mnie właśnie określa. No bo przecież lubię postawić na swoim i nie mam problemu z wyrażaniem swojego zdania, gdy jestem o czymś przekonana. Jednak od czasu do czasu ten silny charakter zaburza para diabłów – zazdrość i rygoryzm kłaniają się Wam w pas. Te, razem tworzą bardzo destrukcyjny team, który atakuje z ukrycia i nigdy nie wiadomo, kiedy można spodziewać się ich odwiedzin. Pierwsza cecha ściśle wiąże się z ciągłym porównywaniem do innych, lepszych ode mnie na różnych polach: w pisaniu, robieniu zdjęć, odżywianiu, sporcie i masie innych rzeczy; generalnie rzecz biorąc, jestem w stanie katować się tak niemal we wszystkim. No bo przecież dlaczego te zdjęcia takie jakieś niewyraźne? A ostatniego tekstu to chyba już nikt nie czytał. Fałdka na brzuchu nic się nie zmniejszyła, a przecież ćwiczę intensywnie już od miesiąca. Zapominając oczywiście o tym, że te konkretne osoby przebyły już taaaaką drogę, żeby być w miejscu, w którym się znajdują w końcu sięgam dna, gdzie czuję, że w sumie po co to wszystko, skoro i tak nie będę taka jak one. Druga z kolei siedzi w głowie jak mały pasożyt i podpowiada ciągle postaraj się bardziej, przecież stać Cię na więcej, dlaczego znowu odpuszczasz? Zawiodłam się na Tobie. Oczywiście wiadomo, do czego prowadzi ciągłe czołganie się po tym dnie.

Doświadczenia życia, jakie przyszły na mnie w toku mojego dwudziestoletniego życia nauczyły mnie jednego. Że choćby nie wiem co, choćby był to tysięczny upadek, muszę podnieść się i ten tysięczny raz. A gdy już mi się to uda będę silniejsza. Bogatsza. Lepsza. Tak, będę lepsza, bo przecież przetrwałam tę trudność prawda? Hej, tę która była nie do przeskoczenia! Dałam radę!

Jeszcze długa droga przede mną zanim nauczę się w pełni akceptować to, że nie zawsze będzie tak, jakbym tego chciała i nie znaczy to wcale, że będzie źle. Po prostu będzie po mojemu. Że czasem trzeba po prostu odpuścić. Zawsze tak bardzo zależy mi na tym, aby być autentyczną w tym co robię, przywiązuję do tego niezwykłą wagę. Dlatego kolejny raz wychodzę poza własny schemat i piszę to wszystko. Bo nie sztuką jest zagrzebać się w beznadziei i melancholii własnych problemów. Pokazać język tym wszystkim demonom i zrobić krok ku poprawie; to jest sztuka.

A to jest mój krok. Nie pierwszy i nie ostatni, ale jeden z wielu; setek, tysięcy, milionów małych kroczków ku  normalności, jakkolwiek może to zabrzmieć, i szczęściu. Szczęściu w miłości do siebie – na tym polu to dopiero ze mnie amator. Ale staram się, by jak najszybciej z tego amatorstwa wyjść. I żaden mood off mi w tym nie przeszkodzi. Bo znam siebie i swoją wartość tylko czasem o niej zapominam.


Dlatego dobrze, że wieszam tu ten tekst. Dla Ciebie, do przemyślenia, czy i Ty przypadkiem nie musisz zmagać się z tymi stworami. Ale przede wszystkim dla siebie – żebym nie zapominała o tym, że wcale nie jest tak źle, jak mi się wydaje. Ba, jest fantastycznie, tylko po prostu skleroza mi doskwiera!

Zobacz również

6 komentarze

  1. Będę miała ten post blisko serducha, bo zmagam się często z tym samym. Może z zazdrością nie jest u mnie tak źle, ale perfekcjonizm i wieczne wymaganie od siebie pracy na najwyższych obrotach to już norma... Trzymam za nas kciuki! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Walczymy! Razem raźniej, kochana :)

      Usuń
  2. Nie tylko Ciebie męczą takie małe, siedzące z tyłu głowy potwory. Myślę, że to zjawisko coraz bardziej powszechne w świecie, który biegnie ku doskonałości i perfekcjonizmowi. W moim życiu wiele było takich dni, w których "mózgojady" przyciskały mnie do samego dnia. A jednak nauczyłam się czegoś. Ze jestem najbardziej szczęśliwa, kiedy wyrzucam te myśli do kosza. Kiedy nie przejmuję się niczym i żyję dniem dzisiejszym. I choć to niezwykle trudne, będę starała się mieć takich dni jak najwięcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, najważniejsze to nie tracić gruntu pod nogami w tej walce o... siebie samego, która jest niezwykle trudna, ale satysfakcja z wygranej... Hmmm, najlepsza :) Życzę Tobie i sobie codziennych zwycięstw w tych potyczkach!

      Usuń
  3. Również jestem perfekcjonistką do bólu i zupełnie rozumiem twoje zdanie. Twój post jest silny, orzeźwiający i stawiający na nogi. Dziękuję♥

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń