Człowiek do wszystkiego... czyli do niczego?

Pewnie nieraz słyszałeś to określenie; coś jest do wszystkiego, czyli w gruncie rzeczy do niczego. Zastanawiałeś się kiedykolwiek, co w...


Pewnie nieraz słyszałeś to określenie; coś jest do wszystkiego, czyli w gruncie rzeczy do niczego. Zastanawiałeś się kiedykolwiek, co właściwie znaczy? To powiedzonko zakorzeniło się w mojej głowie jakiś czas temu i nie dawało mi spokoju, dużo nad nim myślałam. Analizując je bardzo osobiście, odrobinę przeraziła mnie myśl, że może być prawdziwe. Bo ja to trochę taki człowiek od wszystkiego. I brzmi to dość sympatycznie. Ale człowiek od niczego? Jakby na to nie spojrzeć, nie brzmi już dobrze. Więc jak? Czy jestem zatem człowiekiem do niczego?

Wykonując tutaj już nie pierwszą retrospekcję, postaram się przybliżyć Ci, do czego zmierzam. Nieraz wspominałam już, że od zawsze byłam dzieckiem z milionem myśli na sekundę (byłam po prostu kreatywna, a niedobrzy nauczyciele myśleli, że mam ADHD :D). Nigdy się nie nudziłam, a gdy moi rówieśnicy nieustannie zabiegali o uwagę rodziców, ja „grzecznie” zajmowałam się sobą – kleiłam, wycinałam, rysowałam, biegałam po podwórku, śpiewałam, tańczyłam, grałam (no okej, usiłowałam) w piłkę z sąsiadami… Mogłabym tak  wymieniać do jutra. I w tej kwestii nic się nie zmieniłam – w końcu piszę bloga, uwielbiam śpiewać i tańczyć, nadal coś kleję, czasem cyknę kilka fotek, a do tego nagminnie stoję w kuchni, zajmuje mnie wizaż i takie tam. Ale gdybyś kazał mi wybrać jedną rzecz, której jestem pewna, robię ją dobrze i to moja największa pasja… Nie usłyszał byś nic więcej, jak tylko ciszę.

Nie wiem czy to problem niepewności siebie czy może odwrotnie, pewności i chęci samorozwoju, ale brak mi tej jednej hmm… dziedziny eksperckiej? Wielu powiedziałoby: Tak Ci zazdroszczę, Ty robisz tyle rzeczy… Ja zaś wzdycham, gdy patrzę na osoby oddające się bez reszty swojej pasji, która spełnia swoją definicję stuprocentowo. Czasem dotyka to wręcz granic absurdu, gdzie wstyd mi się przyznać, że coś mnie interesuje przy osobie, która osiągnęła na tym polu dużo więcej ode mnie. I wiem, bardzo dużo na tym tracę. Bo zamiast poprosić o poradę, wsparcie, które zapewne bym od niej otrzymała, wolę stać z boku i się przyglądać.

A wszystko przez tę jedną uporczywą myśl, która wprowadza w mojej głowie chaos; nie wiem już czy dobrze, że jestem jaka jestem, czy może to wszystko jest nienormalne.

Ciekawość świata i kreatywność są cechami ogólnie przyjętymi jako pozytywne i jak najbardziej pożądane. Zastanawiam się jednak, czy i gdzie istnieje granica między wielofunkcyjnością, odkrywaniem siebie a słomianym zapałem i  chronicznym niedbalstwem. No bo przecież ciągle próbuję czegoś nowego, ale zdjęcia nie wychodzą super, a na obróbce nie znam się kompletnie, piszę i piszę, ale chyba piszę zbyt szkolnie, a treść nie jest zbyt zajmująca. Gdy maluję, z rąk wypadają mi kępki rzęs i zawsze muszę upaćkać powiekę tuszem, a do babeczek zamiast sody znowu dodałam kwasek cytrynowy. Wciąż balansuję między myślami – czy ta pasja jest jeszcze przede mną, wciąż nieodkryta, czy może taka moja natura i już zawsze zajmować mnie będzie tyle rzeczy.

Po długich rozważaniach moja refleksja wciąż zostaje otwarta, niedopowiedziana. Bo ostatecznie sama nie wiem, co na ten temat myśleć i jakie obrać stanowisko. Zdrowy rozsądek podpowiada by opowiedzieć się po pierwszej stronie. Jednak coś niepokojącego w głowie nieustannie zaciąga mnie ku tej drugiej… Oświećcie mnie, proszę, swoją opinią, może wreszcie coś mnie olśni.

Zobacz również

0 komentarze