Mania planowania i weekendowe olśnienia

Przyznam się szczerze, bez bicia. Gdy czegoś sobie nie zaplanuję od początku do końca, totalnie się gubię. I nie, nie chodzi tu o lekki ...



Przyznam się szczerze, bez bicia. Gdy czegoś sobie nie zaplanuję od początku do końca, totalnie się gubię. I nie, nie chodzi tu o lekki chaos i niewielkie spóźnienia. Ja po prostu nie potrafię funkcjonować bez wcześniej opracowanego szkieletu na dany dzień. A odkryłam to dopiero niedawno, gdy zaczęłam wdrażać w swoje życie nowe nawyki. Niewolnik kalendarza. Takim stałam się człowiekiem. Bo jak już gdzieś bez swojego notesu wyjdę, nagle ogarnia mnie panika, że katastrofa czeka na mnie za rogiem.

Fakt, że nie mogę obejść się bez ściśle opracowanego planu dnia wynika w dużej mierze z tego, jak wiele ostatnio biorę na siebie. Zajęcia, siłownia, jak najczęstsze spotkania ze znajomymi, gdzieś z doskoku praca, a do tego wszystkiego nauka i codzienne obowiązki - wszystko razem pochłania tyle mojego czasu, że chwilami naprawdę byłabym zapomniała, jak się nazywam. Gdyby nie starannie opracowana logistyka, poległabym z kretesem. 

Jak zwykle krążąc już trochę nad sednem, uprzedzam; nie zmierzam bynajmniej do konkluzji, że planowanie jest złe. To dla mnie swoiste błogosławieństwo; pozwala mi wycisnąć z każdego dnia nadprogramowe 100% więcej i wreszcie czuję, że coś robię, że nie marnuję czasu. 

Plan zawsze pomagał mi w organizacji czasu, a kalendarz obowiązkowo nabywałam z rozpoczęciem każdego kolejnego roku. Różnie z tym było, jednak przeważnie traktowałam go jako ciekawostkę, a nie swego rodzaju rytuał i zwyczaj. Ja, osoba bardzo odporna na wyuczanie się konkretnych nawyków, wreszcie mogę z ręką na sercu przyznać, że nauczyłam się produktywnego gospodarowania czasem. Mam jednak pewien mały problem. Zapomniałam już jak się odpoczywa!

Robiąc tak wiele rzeczy, normalnym jest, że człowiek w końcu odczuwa zmęczenie. Witz jest taki, że  gdy teraz mam godzinę wolnego i mogłabym wreszcie odetchnąć przy filmie, szybko odrzucam taką myśl, bo przecież tyle mogłabym zrobić, zamiast po prostu leżeć (napisać nowy tekst na przykład, o!). I nie wiem czy to dobrze, czy może źle, bo przecież dobrze jest być ambitnym człowiekiem. Ale z drugiej strony czuję, że zapominam powoli, jak to jest wrzucić na luz i po prostu zwolnić. W takim momencie zbawienne dla mnie są weekendy. Czas, który zwykle spędzałam w pracy, ostatnio stał się wolny od zobowiązań jakichkolwiek. I byłam wręcz w szoku, jak fantastycznie na mnie zadziałał. Wreszcie znalazłam chwilę by oddać się odkładanym ciągle kuchennym eksperymentom, a książka już tak dawno nie wciągnęła mnie w wir fabuły. Mogłam w końcu wrócić do moich plastycznych zmagań, a do tego odnalazłam tyle cudowności dla ucha (PS: Podrzucam na dole kilka z nich).

Doceniłam swój czas wolny. I robię to, na co mam ochotę. Nareszcie zaczęłam powoli odhaczać moje "noworoczne" postanowienia. Koniec końców trafiłam na to, jak się organizować, żeby nie tracić czasu. Teraz muszę jeszcze poćwiczyć tę złotą równowagę pomiędzy codziennym pędem, a wymarzonym slow life i wewnętrznym spokojem. Z dnia na dzień widzę coraz większe postępy. Choć nie zawsze jest łatwo, czuję moc tych zmian.

I wszystko idzie wreszcie w dobrą stronę.





Zobacz również

14 komentarze

  1. Uwielbiam planowanie z kalendarzem. Mam zeszyt z wkładanymi kartkami, zawsze wieczorem zapisuję sobie wszystko, co mam następnego dnia do zrobienia i z takim planowaniem najlepiej mi się żyje ;) A co najlepsze w tym wszystkim - wieczorem mam wielką satysfakcję z minionego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od jakiegoś czasu mam dokładnie taki sam rytuał - każdego wieczoru siadam ze swoim plannerem i rozpisuję sobie wszystko na czynniki pierwsze ;)

      A jak już przeżyję taki intensywny dzień, nie mogę się nie zgodzić, satysfakcja jest ogromna :)

      Usuń
  2. Ja też jestem więźniem kalendarza :) Zawsze rano i wieczorem (i w ciągu dnia też) sięgam po kalendarz. Odchaczam, zapisuje, zakreślam, ustawiam :) Gdyby ktoś zabrałby mi notes na jeden dzień, chyba bym nie przeżyła!

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tak samo- ja również muszę mieć wszystko zaplanowane od a do zet. Prowadzę trzy notatniki - do ćwiczeń, recenzencki i codzienny. I codziennie rano sprawdzam plany na dany dzień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też miałam kiedyś kilka notesów, ale po czasie przekonałam się, że u mnie się to niestety nie sprawdza. Dlatego ograniczyłam mój arsenał planujący do minimum, żeby się w tym wszystkim nie pogubić :)

      Usuń
  4. Też mam ostatnio sporo na głowie dlatego bez kalendarza ani rusz. Uwielbiam planować, realizować swoje cele krok po kroku, ale czasami trzeba sobie zrobić przerwę i celebrować chwilę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalezienie złotego środka w tym kontraście to chyba klucz do idealnej równowagi :)

      Usuń
  5. Ja właśnie mam problem, bo nie umiem planować, a bardzo by mi się ta umiejętność przydała. Chyba muszę po raz kolejny kupić kalendarz i spróbować notować wszystkie spotkania i zadania, o których zdarza mi się niestety zapominać.
    I też często tak mam, że czytając książkę albo oglądając film nie mogę się skupić, bo ciągle myślę ile to mam jeszcze do zrobienia... Straszne uczucie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo jak już coś przeleje się na papier to nie zajmuje to tak uporczywie głowy, a myśl nam nie ucieknie, bo jest już przecież zapisana :)

      Z książkami i filmami miałam bardzo podobnie, dlatego też między innymi zdecydowałam się na zmianę :)

      Usuń
  6. Oj tak, też tak mam z kalendarzem. Nie wyobrażam sobie planowania bez niego. W sumie teraz korzystam z trzech: kalendarza Google, który mam zsynchronizowany z telefonem i pokazuje mi, jakie mam zajęcia, staram się też go uzupełniać o dodatkowe wyjścia, itd. W razie czego łatwo jest znaleźć czas, gdy ktoś chce się umówić :) Na pojedyncze zadania wykorzystuję Habitica, którą uzupełniam tylko przez przeglądarkę. Wszystko to wpisuję też w kalendarz papierowy, ale nie zawsze chce mi się go ze sobą nosić, bo nie jest lekki. Pracuję teraz nad nawykiem regularnego planowania tygodnia, w sobotę/niedzielę siadać i planować co, gdzie, kiedy. Z zadaniami jest spoko, gorzej z siłownią - ciężko mi wstać wcześnie przed zajęciami, żeby "zaliczyć" poranne ruszanie się :) Tak jak Ty czuję się przywiązana do kalendarzy, ale to jedyny sposób dla mnie, żeby nie zapomnieć o ważnych i mniej ważnych rzeczach. Jestem na tyle zapominalska, że wpisuję sobie to, żeby odezwać się do znajomych... Tak xD I od jakiegoś czasu chodzi za mną, że mimo, że całkiem dobrze ogarniam planowanie, to ciężko z odpoczywaniem, dlatego staram się bardzo szanować mój czas na spanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie mnogość notesów i plannerów nie działa zbyt dobrze - zawsze się gubię, dlatego swoje notatki, zadania i przypomnienia zawieram tylko w jednym :)
      Co do siłowni zauważyłam, że gdy już kupię karnet na miesiąc to mam większą motywację to korzystania z niego, bo w końcu wydałam pieniądze, więc szkoda, żeby się zmarnował :D No i dużą kontrolę daje mi właśnie rozplanowanie tych najważniejszych zadań na cały tydzień do przodu, także polecam próbować, bardzo pomocne przyzwyczajenie :)
      Dla mnie takie notatki typu "Napisać do..." nie są żadną nowością; morze to nieco rzeczowe podejście do osoby, ale dzięki temu jestem w stanie pamiętać o osobach, na których przecież mi zależy, bo niestety często w takim pędzie zdarza mi się o tym zapomnieć. Taka metoda pomaga mi zwyczajnie nie zwariować :)
      A dobry sen to podstawa! I smutne, że odkryłam tą tajemnicę dopiero niedawno :x

      Usuń
  7. Ja również nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez tego błogosławieństwa jakim jest zwykły, papierowy kalendarz kryjący starannie opracowany plan dnia :) Aczkolwiek sama nie raz wpadłam w tę pułapkę przepchanego różnymi wydarzeniami tygodnia. Odpoczynek jest jednak bardzo istotny i nie powinniśmy z niego rezygnować czasem nawet kosztem jakiegoś zajęcia, jak przyjdzie co do czego wyjdziemy na tym dużo lepiej :))

    OdpowiedzUsuń
  8. A gdzie te cudowności dla ucha? Czyżbym coś przeoczyła?:D
    Zawsze można przesadzić zarówno w jedną jak i drugą stronę. Fajnie, że masz tyle energii i potrafisz ją wykorzystać. Jak jeszcze dojdzie ta równowaga, to będzie super. I to odhaczanie postanowień... Sama ich nie ustalam, ale wiem, że ludzie się z tym bujają nawet cały rok i nic. A ty już coś wykreślasz:) Brawo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, widzisz, tyle osób już się wypowiedziało i żadna nie zwróciła na to uwagi (włącznie ze mną!) Jakże mi wstyd :c No i prawo za uważność, bardzo dziękuję :)
      Co do postanowień, u mnie z tym zapałem różnie, jednak teraz bardzo staram się dbać o konsekwencje, stąd też idzie mi dużo lepiej niż zwykle :)

      Usuń