Kluchy, dowcipy i Wielkie Być Może - Szukając Alaski Johna Greena

Ohh, Panie Green. Jak Cię nie kochać? To już czwarta z kolei książka Johna Greena, jaką było mi dane przeczytać. Jako, że wpadła m...




Ohh, Panie Green. Jak Cię nie kochać?
To już czwarta z kolei książka Johna Greena, jaką było mi dane przeczytać. Jako, że wpadła mi w ręce wtedy, kiedy powinnam uczyć się do zbliżającej się już wielkimi krokami sesji, nikogo nie zdziwi fakt, że po prostu ją pożarłam.
Ale jak właściwie odebrałam debiut literacki Zielonego? Od początku niezmiennie trwałam w team’ie GNW. W miarę zapoznając się z jego literaturą, pozostawałam konsekwentna w swoim wyborze. Czy tym razem coś się zmieniło? Keep reading!

Główny bohater i jednocześnie narrator powieści to szesnastoletni chłopak - Miles Halter. Niczym niewyróżniający się, chuderlawy nastolatek, który właśnie przeżywa swoje wejście w dorosłe życie – decyduje się na szkołę z internatem. Tam poznaje swojego współlokatora - Pułkownika, sympatycznego Azjatę - Takumiego i zagadkową dziewczynę - Alaskę. Cała akcja jest specyficznym odliczaniem czasu do i od ważnego wydarzenia, które całkowicie zmieniło moje patrzenie i odbiór tej książki.

„Spędzasz całe swoje życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiasz sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać , ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, żeby uciec od teraźniejszości.”*

Oczywiście, nie mogę zdradzić, cóż to za wydarzenie. Skupmy się zatem na czymś innym. Kolejny raz, czytając coś spod pióra Greena przekonuję się o tym, jak doskonale facet wytrenował sobie granie na uczuciach ohh, żona musi mieć przechlapane. Każdy, kto czytał cokolwiek jego autorstwa, wie doskonale o czym mówię. Kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po Gwiazd Naszych Wina nie spodziewałam się tego, że książka doprowadzi mnie do łez. Tym razem, któryś już raz, zasiadając do lektury Greena, było dla mnie wręcz oczywistym, że muszę się przygotować. Zatem zakodowałam sobie to w głowie. I te oczekiwania chyba trochę posuły mi odbiór tej książki. Owszem, od TEGO momentu wywróciło mi się wszystko. I pewnie takie było zamierzenie. Jednak całość na tyle mi się pomieszała, że trochę pogubiłam sens tej książki.

Nie zdziwi mnie, jeżeli okaże się, że jestem jedyną osobą na tej planecie, która nie przepada za tytułową Alaską. Phi, nie przepada? Ja zwyczajnie jej nie lubię . I w sumie nie wiem, dlaczego. Bo przecież ta dziewczyna to bożyszcze i każdy powinien ją uwielbiać. Ładna, zadziorna, inteligentna laska, która skrywa w sobie więcej tajemnic, niż można by się spodziewać. Dla mnie jednak wydała się trochę przerysowana. Niby jest kolejną nastolatką, która tak się zachowuje, a jednak coś mi w niej nie pasowało. Jak świetnie się składało, że zawsze, gdzie na kartach powieści pojawiała się ona,  był również mój ulubieniec, Miles. Ten chłopak, choć rozlazły i niezbyt ciekawy, bezapelacyjnie podbił moje serce. Coś mi mówi, że przesądził o tym fakt, iż Miles to osoba dość ekscentryczna. A ja lubię takich ludzi.

„Po tym wszystkim ciągle wydaje mi się, że jedyne wyjście to proste i szybkie – ale wybieram labirynt. Labirynt jest do bani, ale i tak go wybieram.”*

Nie mogę tutaj powiedzieć, że brakowało mi hmm, Greena w Greenie. Wszystko co Green’owskie było na swoim miejscu: humor, który bez patrzenia na okładkę jestem w stanie poznać, dziwaczne imiona bohaterów, a także unikatowe określenia, których nie znajdziemy w żadnych innych książkach. Szukając Alaski to naprawdę udany debiut literacki, których, ze względu na ilość rozczarowań, zawsze się obawiam. Mimo wszystko wciąż czuję niedosyt. To i żal, że najwyraźniej zaczęłam od najlepszej i teraz tendencja może być tylko spadkowa.


Ciężko coś podsumować, gdy ma się taki rozrzut myślowy w głowie. Bo z jednej strony naprawdę nieźle spędziłam czas przy lekturze Szukając Alaski, z drugiej sęk w tym, że tylko nieźle. Książka jest zdecydowanie pozycją wartą przeczytania i bezsprzecznie wyciągnąć z niej można dużo dobrego. Tym razem nie przemówiła do mnie tak mocno jak wspominane już wcześniej Gwiazd Naszych Wina. Jeżeli jednak nie czytaliście ani jednej ani drugiej, koniecznie sięgnijcie najpierw po Alaskę; Wasza satysfakcja z czytania na pewno osiągnie dużo wyższy poziom.

Tytuł: Szukając Alaski Tytuł oryginału: Looking for Alaska Autor: John Green Wydawnictwo: Bukowy Las Moja ocena: 7/10

---

* - cytaty z książki

Zobacz również

6 komentarze

  1. Mam wrażenie, że Green posiada taki charakterystyczny styl pisania. Dość ciepły, choć często porusza dość trudne tematy. Trudno mi to opisać, ale pewnie sama to zauważyłaś. :)

    MAJUSKUŁA

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja uważam tą książkę za najlepszą Greena <33 Bohaterowie idealnie wykreowani, a humor przoduje! Tylko to co zrobił na końcu... Przemilczmy to, bo ja akurat Alaskę nawet polubiłam. Chociaż, trzeba przyznać, że autor musiał się nieźle nagłówkować, żeby tą całą akcję z kwiatkiem wymyślić ;) Ja za to jestem chyba ostatnią osobą na Ziemi, która za GNW nie przepada. To znaczy dostrzegłam to co chciał nam przekazać autor, ale nie zachwyciłam się nią jak wszyscy. Hazel była jak dla mnie trochę wkurzająca i płytka, co nie zmienia faktu, że Gus jest jednym z moich ulubionych bohaterów. Zabawny i intrygujący, po prostu miód malina! Może to wina tego, że najpierw zobaczyłam film (oczywiście nie wiedziałam, że jest książka), ale wyżej stawiam Alaskę niż GNW. Twoją recenzję czytało mi się z przyjemnością, bardzo mi umiliło wieczór. Żeby umilić ci czytanie mojego komentarza, w której "jeżdżę" po twojej GWN, to dodam, że masz bardzo ładne paznokcie. Ale tak na serio. Serio, serio. Dobra, kończę, bo wyczuwam, że ten komentarz będzie ciągnął się w nieskończoność, ale co ja mam zrobić? Bardzo fajna recenzja, bardzo fajny komentarz.
    Buziaki, Idalia ;**

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/


    OdpowiedzUsuń
  3. Green posiada bardzo charakterystyczny styl pisania, który tak jak i jego poczucie humoru, naprawdę lubię. "Szukając alaski" jest jego jedyną książką, której jeszcze nie przeczytałam. "Gwiazd naszych wina" mam już za sobą, jednak mam nadzieję, że moja satysfakcja z czytania i tak będzie duża ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Och, to moja zdecydowanie ulubiona powieść Greena! ^^ "GNW" niezbyt mi przypadło do gustu, owszem, świetna książka, ale mnie nie porwała. Poza tym była tak rozdmuchana i spopularyzowana przez film, że sam ten fakt ogromnie mnie od niej odrzucił. "Szukając Alaski" ma to niezidentyfikowane "coś". Przede wszystkim rewelacyjnych bohaterów (mnie Alaska czasem irytowała, ale ogólnie ją polubiłam). I historię. Przesłanie. Ogromne bum i to nie na koniec powieści, jak to zwykle autorzy robią, ale w jej środku. Po prostu kocham. ♥
    zaczarrowana

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja po tej książce już mam trochę dość Greena. Owszem, czytało mi się dobrze, ale jestem już znudzona tym, że każda książka jest tak naprawdę taka sama. Może już doszłam do tego momentu, że powoli wyrastam z tego typu książek, nie wiem... Mam za sobą trzy książki Greena i już chyba nie sięgnę po kolejne.

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie czytam jego "Papierowe miasta" i jestem zachwycona! Po ten tytuł też sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń