Magia w kamieniu zaklęta (Zakopane 2015)

Przetrząsam foldery ze zdjęciami z ostatnich wyjazdów i zaczynam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. Fotki nie powalają ilością (ani t...

Przetrząsam foldery ze zdjęciami z ostatnich wyjazdów i zaczynam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. Fotki nie powalają ilością (ani też jakością), nie miałam emocjonujących i szalonych przygód. Ale jakoś tak.. czuję, że powinnam się tym z Wami podzielić. I oto jestem. Relację z wyjazdu do Zakopanego czas zacząć!



Naszą wycieczkę w góry rozpoczęliśmy nadzwyczaj przewidywalnie i szablonowo. Po opuszczeniu pociągu udaliśmy się w kierunku wszystkim znanej ulicy w Zakopanem - Krupówek. Jako, że zakwaterowanie mieliśmy dostępne dopiero od godziny 15,  od wczesnego południa zabijaliśmy czas przy kawie i książce. Nie mogę narzekać - odpoczęliśmy trochę, zanim trzeba było udać się w dalszy marsz (nie ważne, że miał trwać 10 minut, prawda?). 

Naprawdę śmieszy mnie to połączenie góralskiego folku z codziennością XXI wieku.  Jakoś tak.. dziwnie, a przecież wszyscy żyjemy w 2015 roku.

Gdy już ogarnęliśmy rzeczy na kwaterze (i siebie przy okazji), dzień powoli chylił się ku wieczorowi.   Stwierdzając, że już nic konstruktywnego nie zrobimy w tym dniu, postanowiliśmy wyjść zjeść coś dobrego. D. był w siódmym niebie, zastając niezliczoną ilość mięsiw w menu każdej knajpy. Ja natomiast musiałam się zadowolić pieczonymi ziemniakami w twarożku i zieleniną (czyli klasyka w miejscach nieprzystosowanych dla wegetarian). Jednak w ostatecznym rozrachunku wygrałam ja; byłam równie najedzona jak D., z tą małą różnicą, że ja za swój obiad zapłaciłam dwa razy mniej.


Dzień drugi miał być dla nas najbardziej aktywny. Nie planowaliśmy większego wyjścia w góry, jednak chcieliśmy choć troszkę poczuć, że jesteśmy, gdzie jesteśmy. Pomysł wyglądał następująco: wyjazd kolejką na Butorowy Wierch, przejście na Gubałówkę i spacerek w dół.



Rezultat był jednak mniej optymistyczny; po obiedzie mieliśmy siłę jedynie na to, by stoczyć się z góry. Dlatego jak skończone mieszczuchy w dół też zjechaliśmy kolejką.
Zanim wróciliśmy do mieszkania, zaciągnęłam mojego D. tam, gdzie są kosze w kształcie misiów. Wstyd, że też z tak wymownego miejsca w głowie zostały tylko te rzeźbione śmietniki. Ale przecież, mała dziewczynka nie myśli o poważnych rzeczach.


Cmentarz na Pęksowym Brzysku odnaleźliśmy bez większych problemów. Kiedy tam weszłam, złapałam więcej wiatru w żagle i zaczęłam pstrykać co krok. Wtedy każde zdjęcie broniło się samo, zamykając w sobie cząstki wymowy i powagi cmentarza. Teraz nie wiem, które Wam pokazać, bo żadne nie jest dość dobre, żeby oddać to co się czuje, przebywając w takich miejscach. Więcej słów nie potrzeba.  Mogę poczęstować jedynie kolejnym kadrem (ich wybór był naprawdę ciężki..)



Takie to nieturystyczne. Tyle atrakcji, a ja zajmuję się pospolitymi kwiatkami. Ale przecież one zawsze tak wdzięcznie pozują do zdjęć..



Wyjazd weekendowy ma to do siebie, że zanim porządnie się zacznie, trzeba już wracać. Niedzielne Zakopane pożegnało nas piękną słoneczną pogodą, dlatego tym bardziej żal było się zbierać. Jeszcze tylko lody na Krupówkach i możemy zmierzać w stronę dworca.



Warto było czekać tak długo na upragniony urlop. I choć z ciężkim sercem wsiadałam do pociągu w kierunku Krakowa, jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się choć na chwilę wyrwać. A co przeżyłam to moje! Na dziś to już koniec, a niebawem kolejna część mojego podróżowania; tym razem Wrocław!


Zobacz również

4 komentarze

  1. Zawsze warto pokazywać fotki, a te Twoje są naprawdę dobre :) Byłam w Zakopanem dwa razy wiele lat temu. Fajne miejsce, ale zbyt tłoczne. Nie lubię tego :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa :)
      To fakt, Zakopane ma swój urok, ale gubi się w tej mrówczej ilości turystów..

      Usuń
  2. I fajnie, że się z nami jednak swoim wyjazdem podzieliłaś! :)
    Chciałabym odkryć Zakopane mniej turystyczne, tzn powędrować teochę po górach...

    OdpowiedzUsuń