Trzeci tydzień 100 szczęśliwych dni za mną

Wierzyć mi się nie chce, jak szybko ucieka mi czas. Uświadomiłam sobie to dopiero teraz, gdy zwracam dużą uwagę na poszczególną chwilę i w...

Wierzyć mi się nie chce, jak szybko ucieka mi czas. Uświadomiłam sobie to dopiero teraz, gdy zwracam dużą uwagę na poszczególną chwilę i wcielam w życie tak dobrze znaną wszystkim dewizę carpe diem. Czy to dobrze? I tak i nie. Bo trochę żal mi, że tak szybko uciekają łapane przeze mnie momenty piękna, ale z drugiej strony przecież musi tak być, by znalazło się miejsce na kolejne takie. Bez dalszych przedłużeń przedstawiam Wam dziś podsumowanie trzeciego tygodnia stu szczęśliwych dni.

HAPPYDAY No. 15
Kreatywne lenistwo. Cóż więcej do szczęścia potrzeba? Pizza dostarczona pod drzwi, blog i mój nieokiełznany sketchbook to połączenie, które uszczęśliwia bezsprzecznie. Ciągłe dążenie do perfekcji (zeszyt ma być ciekawszy, blog lepiej pisany, dieta zdrowsza) sprawia, że można zagubić tą przyjemność, jaką teoretycznie powinniśmy czerpać z naszych pasji (właśnie przyznałam się, jakim jestem żarłokiem, damn). Dlatego zamiast ślepo gnać w stronę naj, wolę spojrzeć na to wszystko z lekkim dystansem i po prostu cieszyć się z tego. Oczywiście. Nie zawsze jest to łatwe i przychodzi ot tak. Ale jeśli wymaga to wysiłku, tym bardziej będzie nas potem satysfakcjonować.

HAPPYDAY No. 16
Tak, to był zdecydowanie szczęśliwy dzień! Mimo, że spędzony w pracy i męczący, muszę to przyznać. Poza tym tak wypasionego tortu urodzinowego jeszcze nigdy nie miałam. Świadomość tego, że nie mam już naście jest zarazem ekscytująca i przerażająca. Moje osiemnaste urodziny nie były dla mnie takim przełomem jak obecne, dwudzieste. Chyba rzeczywiście jestem już dużą dziewczynką i muszę sobie radzić sama, bo przecież kto to zrobi za mnie? Niełatwo jest wychodzić poza swoją strefę komfortu, ale taki wiek chyba zobowiązuję, czas na coraz bardziej radykalne usamodzielnianie się. Co z tego wyjdzie? Oby coś dobrego.

HAPPYDAY No. 17
Odkąd zaczęłam porządkować sobie sprawy i światek wokół mnie, zawsze zabieram ze sobą książkę. Gdziekolwiek idę, jadę, pędzę, w torbie lub w ręku dumnie noszę jakieś tomisko (lub tomik). Dzięki temu mam szansę na czytanie częściej. W ciągu moich hmm, powiedzmy wakacji ciężko mi  jest bardzo wygospodarować czas, żeby porządnie sobie poczytać, dlatego wzięłam się w garść i gdy tylko nadarzy się okazja, sięgam po coś, co mogę kartkować. I ogromną radość i satysfakcję daje mi świadomość i wiedza Tak, przeczytałam dziś całe 100 stron. Dla jednych to dużo, dla drugich mało. Nie zawsze mi się to udaje (dałabym wiele, żeby tak było), ale jak tylko mogę, dążę do jak najlepszych wyników.

HAPPYDAY No. 18
Każda chwila, którą mogę poświęcić swoim przyjaciołom i znajomym, cieszy mnie podwójnie. Nieczęsto mi się to ostatnio zdarza (Ja to już mogę wrócić na studia), ale gdy już mi się uda, naprawdę czerpię z tego ogromną radość. W końcu człowiek docenia coś naprawdę dopiero wtedy, gdy ma świadomość, jak wygląda brak tego czegoś. Spotkanie pod pretekstem świętowania mojego wejścia w starość poważne życie, okazało się okazją do nie tylko wymienienia się ploteczkami i nowinkami z kręgu znajomych (i nie tylko), ale przede wszystkim wspaniałym czasem na odpoczynek od codzienności. Anyway, im więcej takich dni, tym lepiej!

HAPPYDAY No. 19
Wszystko co dobre, szybko się kończy.. Po to, by coś lepszego mogło się zacząć! Powrót do domu w towarzystwie dużego Caramel Macchiato i świetnej książki to zdecydowanie coś, co było w tym momencie idealne dla biednej, schorowanej K. Tak, dokładnie, dalej jestem chora i póki co niestety nie zanosi się na poprawę. Dla lekarzy również jestem nie lada zagadką - odwiedziłam już dwóch, ale żaden nie powiedział, co mi tak naprawdę jest. Także obecnie trzymam się  jakoś (ze stosem leków i nieustępującym choróbskiem) mocno i walczę. A taką walkę trzeba sobie czasem umilić, jak widać na załączonym obrazku.


HAPPYDAY No. 20
Szczęście zdecydowanie tkwi w detalach. Jeśli nauczymy się to dostrzegać, to już połowa drogi za nami. Moim małym szczęściem jest mój pokój - azyl i miejsce, w którym czuję się najlepiej. To moja przestrzeń komfortu, do której zawsze mogę przyjść, odpocząć i czuć się w niej doskonale. Ważne jest, aby wytworzyć sobie takie swoje małe otoczenie idealne. Gdzie możemy naładować bateryjki i nabrać sił do drogi dalej. Moje ciągle jest w fazie work in progress, ale nie zamieniłabym go na żadne inne, bo jest moje, jedyne i niepowtarzalne.



HAPPYDAY No. 21
Nie powtarzając się, mówiłam już o tym, że choroba nadal u mnie nie ustępuje. Szczęście w tym całym złostanie to siła do tego, by mimo wszystko nie dawać się niemocy. W co bardzo łatwo jest popaść, gdy stan ciała jest nie taki jak być powinien. Tak zwany leń dopada mnie gdy czuję się śpiewająco, walczyć z nim muszę wtedy zaciekle. Ale skoro wtedy jest ciężko przezwyciężyć lenistwo, jak trudna musi być podobna walka gdy czujemy się nie tak jak powinniśmy. Dlatego cała ta choroba przysparza mi zdwojoną ilość codziennych wyzwań. Ale jako łapacz szczęścia muszę to potraktować nie jako utrapienie, a okazję do czegoś pozytywnego.

Tak z grubsza wyglądał mój trzeci tydzień, w którym robiłam sobie szczęście. Może nie ma tu nic nadzwyczajnego, ale chyba nie o to chodzi. Ważne jest to, by wśród głupot i drobnostek codzienności odnajdywać perełki. I do tego dążyć będę przez kolejne 77 dni!

PS. Liczę na echo od Was :)
Pozdrawiam!

Zobacz również

2 komentarze

  1. Piękna pizza <3 Aż mam ochotę zamówić sobie ją, zrobić sobie dobrą herbatkę, albo kawę karmelową :< A d kuchni daleko :<

    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasami sa chwile kiedy smiechem trzeba zakryc lzy...

    OdpowiedzUsuń