#100happydays - tydzień 1, czyli o trudnej sztuce radości z małych rzeczy

Dziś słów parę o projekcie, do którego zachęciła mnie kochana Nat . Sama idea #100happydays lansowana była jeszcze jakiś czas temu przez r...

Dziś słów parę o projekcie, do którego zachęciła mnie kochana Nat. Sama idea #100happydays lansowana była jeszcze jakiś czas temu przez różne blogerki lifestylowe (nie chcę kłamać, tak wynika  z moich obserwacji). Skąd się wywodzi? Mniemam, że jej głównym motorem jest książka napisana przez Mateusza Grzesiaka 100 happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni. Mniemam, bo książki niestety jeszcze nie miałam okazji przeczytać, na dczym bardzo ubolewam, jednak gdy tylko mi się uda, na pewno to nadrobię.

Złożyło się fantastycznie, bo [piszę tego posta już 2 godziny - bardzo produktywnie] dzień rozpoczęcia 100 szczęśliwych dni przypadł na dzień, w którym podjęłam decyzję o kolejnym powrocie do pisania. Pokrótce - na czym to wszystko polega? Każdego dnia wybieramy jedną rzecz, która w jakimś stopniu zrobiła nam szczęście, uwieczniamy to na zdjęciu + dodajemy krótki opis/rozwinięcie. Jako, że u mnie na instagramie nie robię zbyt rozwlekłych wynurzeń na dany temat, pozwolę sobie rozwinąć się trochę bardziej właśnie tutaj. Zatem począwszy od pierwszego dnia, zestawienie tygodnia pierwszego prezentuje się następująco.

HAPPYDAY No. 1
Poranne lenistwo (na które pozwalam sobie ostatnio dość często - bo mogę, a co!), czyli jeden z moich śniadaniowych eksperymentów (owsianka na mleku migdałowym handmade z truskawkami, syropem z agawy i gorzką czekoladą - pyszka!) i rutynowy research moich ulubionych blogów kulinarnych (nie można tracić inspiracji do dalszego działania). 
Chwile tylko dla siebie są niezwykle ważne i zaczęłam doceniać je szczególnie podczas wakacji - teraz, gdy muszę pogodzić ze sobą milion rzeczy, potrzebuję dużo większej organizacji niż w trakcie roku akademickiego. Dlatego w gorszych chwilach tęskno mi bardzo do października (o czym w życiu nie pomyślałabym, chodząc do szkoły).

HAPPYDAY No. 2
Ohh, chwila wytchnienia. Ktoś pomyśli znowu się leni. Nie, nie lenię się ani trochę. Bo świadomość tego, jak cenny jest czas napędza mnie do ciągłego działania i unikania jak ognia nudy i bezczynności. Wiadomo, każdego czasem dopada mniejsza lub większa podłamka, spadek formy, ale grunt to wyjść z tego wszystkiego jak najszybciej i pędzić przed siebie ze zdwojoną siłą. 
Wreszcie znalazłam czas na to, co kocham od zawsze i najbardziej - na książki. Wstyd się przyznać, że na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy od początku wakacji miałam książkę na kolanach (okej, teraz się polepszyło, ale połowa wakacji już za mną). Dlatego wyobrazić sobie można moją radość wtedy.

HAPPYDAY No. 3
Jest! Pierwszy tekst na blogu po tej koszmarnej czarnej dziurze. Co prawda nieudolny i chaotyczny, ale jest. Powroty powrotami, jakość jakością [przecież prędzej czy później wrócę do formy - I wish], ale jaką wielką satysfakcję daje robienie czegoś, co naprawdę kochamy. I uczucie tego spełnienia po tak długiej przerwie, ciszy od tego? Wierzcie mi lub nie - bezcenne! Oczywiście nie nakłaniam do próbowania [bez potrzeby], ale faktem jest to, że naprawdę  w a r t o  próbować ten enty raz tego samego. Żeby wzorem na nasz sukces zawsze była przewaga powstania nad upadkami. Bo nieważne ile razy się potkniemy. Najważniejsze jest to, czy z tego potknięcia się później [lub wcześniej] podniesiemy.


HAPPYDAY No. 4
Kolejne śniadanie w wykonaniu własnym. Kolejny strzał w dziesiątkę. Szczęściem jest dla mnie to, że każda kolejna sklecona potrawa [która okazuje się smaczna] daje mi ogromnego kopa do dalszych działań w tym kierunku.
Nie wiem, czy mam talent do gotowania (nie jest sztuką odtworzenie przepisu), wiem na pewno, że gotowanie z dnia na dzień staje się moją coraz większą pasją. Zawsze powtarzam, że u nas to rodzinne, bowiem ok. 90% całej familii mniej lub bardziej (zawodowo lub nie) związana jest z kuchnią - i nie, nie mówię tu tylko o babciach i ich domowych obiadkach, bynajmniej. 
Jednak największą radością w tym jest fakt, że innym moje cuda smakują - to chyba najlepszy profit z tego całego kombinatorstwa :)

HAPPYDAY No. 5
Taa. To jest, hm. Roman. Poznajcie jednego z 234567654 innych stworzeń jakie odwiedzają mnie codziennie w pokoju. Biały pokój. Tak pięknie, skandynawsko, modnie. Realia są ukazane obok. Jednak to ten piękniejszy aspekt. Ale dziś mówimy tylko o tych, dlatego nie będę rozwijać wątku dalej.
Co jakiś czas budzi się we mnie to malutkie, kreatywne ja, które za wszelką cenę chce się wydostać na wolność i zawładnąć całym centrum dowodzenia w główce. Jednak jestem leniwa, zabiegana, fajtłapowata, niepomysłowa - tak o tym myślę; i ciągle swój niegdysiejszy zapał do fotografowania odstawiam gdzieś w zakamarki świadomości. Czasem jednak ten sam zapał zatli się odrobinę we mnie no i o, proszę. 

HAPPYDAY No. 6
Wreszcie! Doczekałam się! To się naprawdę działo! Pierwsza wolna sobota od xxx tygodni. Chyba ostatni  n a p r a w d ę  wolny weekend miałam podczas sesji [No to rzeczywiście wolny, nie ma co Karo]. Nareszcie udało mi się wyrwać z pracy i spotkać na chwilę ze znajomymi na luzie, bez ciśnień i pilnowania zegarka. Oczywiście musiała temu towarzyszyć rozpusta na podniebieniu - wszyscy postawili na lody, a u mnie babeczka waniliowa z malinami i winko, bo, o zgrozo, jestem teraz chora. Jak to jest być chorym przy temperaturach +30? Nienadzwyczajnie. Przynajmniej nie czuje się gorączki, która niewiele różni się od temperatury panującej na zewnątrz :D


HAPPYDAY No. 7
Dzień był z lekka pokręcony i w sumie dobrze, że mam go już za sobą, ale na szczęście dla mnie chociaż jego początek będę przyjemnie wspominać.
Na talerzu kreatywnie i miło dla oka - pieczone awokado z jajkiem i kawka zbożowa oraz to, co obecnie wałkuję od paru dni, czyli doskonale wszystkim znana Gra o Tron. Obiecałam sobie przeczytać zanim zacznę oglądać serial, ażeby począć chociaż zanim zakończy się cała seria, musiałam wdrożyć swój plan w życie. I mimo, że lekko nie jest, na pewno nie żałuję. Kiedy skończę [oby niedługo, przede mną jeszcze tyle tomów], z pewnością podzielę się tutaj moimi wrażeniami w kilku(set) słowach.


I jak Wam się podoba projekt 100 szczęśliwych dni? Osobiście jestem bardzo pozytywnie przekonana i już po tygodniu zbieram profity po jego prowadzeniu. Mam nadzieję, że takie tygodniowe podsumowania #100happydays przypadną Wam do gustu, bo świetnie się bawię, paplając trochę o skrawkach z mojego życia :)

A może sami rozpoczniecie swoje 100 szczęśliwych dni?

Zobacz również

5 komentarze

  1. Super, super, cieszę się przeogromnie, że bierzesz w tym udział, że będę mogła Cię czytac przez kolejne kilkadziesiąt dni, że wróciłaś do tego, co kochasz i że masz tyle motywacji.
    Fascynuje mnie ta Twoja owsianka na wytrawnie. Jak ją robisz?
    &uwielbiam Twoje scandi-style zdjęcia! Karo minimalistka! <3
    Mam nadzieję, że już się czujesz lepiej? :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja równie bardzo cieszę się z tego i oby nie zabrakło mi motywacji, bo jest pięknie! :) Na owsianę podeślę Ci przepis :>
      I dziękuję za miłe słowa odnośnie moich zdjęć! Jeszcze od Ciebie, są dla mnie bardzo cenne <3
      Obecnie, jak określił D. "charczę jak pies", ale na szczęście gorączki już nie ma :)

      Usuń
  2. Bardzo podoba mi się ten pomysł, może też zacznę realizować ten projekt a podsumowania tak jak Ty zrobię na blogu ;) Ostatnio z dostrzeganiem szczęścia u mnie krucho więc może to idealna pora. A co do książki to nie jestem w stu procentach przekonana i na razie nie wstrzymuję. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam, zwłaszcza w takim momencie! :) Naprawdę warto, sama zobaczysz jak wiele korzyści możesz dla siebie wyciągnąć :) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Bardzo mi się podoba i ten projekt i (a może przede wszystkim) Twój post :). Gdybym miała trochę więcej czasu, to może bym też wzięła udział, ale niestety na razie nie daję sobie rady ze sprawami, które walą mi się na głowę :(. Może kiedyś... :)

    OdpowiedzUsuń