Wydobywanie z siebie myśli wydaje się czynnością błahą..

Zawsze chciałam poczuć inspirację tak mocno, żeby z miejsca rwało mnie do pisania. Moje małe marzenie się spełniło, a to wszystko za spra...

Zawsze chciałam poczuć inspirację tak mocno, żeby z miejsca rwało mnie do pisania. Moje małe marzenie się spełniło, a to wszystko za sprawą Pana Macieja Stuhra i Jego książki, a dokładniej jednego felietonu (o całej książce na pewno także pojawi się kilka słów w swoim czasie).
Felieton pochodzi z książki "W krzywym zwierciadle"; jest to zbiór felietonów autora z kilku lat, które umieszczane były w miesięczniku "Zwierciadło".
Streszczać go nie będę, bo jaki jest sens skracania tekstu, który już i tak sam w sobie zajmuje dwie strony w książce (trzeba go po prostu przeczytać, a najlepiej całą książkę - bardzo polecam!). Felieton z kwietnia 2013 nosi tytuł "Zamiast epilogu" i jest swoistym zakończeniem cyklu felietonów opublikowanych w książce.

[W telegraficznym skrócie, tworząc punkt wyjścia] Stuhr pisze w swoim felietonie o tym, czym jest pisanie. Banalny temat? Niby tak. Jednak do mnie trafił we właściwym momencie.

Nieważne jest to,  i l e  piszemy, ale j a k  piszemy. Przecież to nie ilość wydanych książek jest wyznacznikiem geniuszu pisarskiego ale ich jakość. Gdyby tak nie było, ogólnie uwielbianą byłaby "taśma" Harlequinów (chociaż może to nie jeden autor, mimo wszystko jest to doskonały przykład), a Harry'ego Pottera pokładałoby się pewnie pod chwiejące się meble.
Tak samo jest z blogerami. W moim wypadku blogerami książkowymi. Nie czytam tych, którzy wstawiają milionowe ilości postów miesięcznie, a jednocześnie ich wartość merytoryczna jest, powiedzmy, znikoma. Zaglądam na te blogi, które lubię przeglądać ze względu na styl pisania autora, ogólny wygląd i odczucia estetyczne. Nieważne, że post pojawia się tam raz na 2 tygodnie, raz na miesiąc. Mam kilka takich blogów, w które nie wchodzę poprzez wyświetlenie w aktualnościach bloggera; sama wpisuję sobie adres i co jakiś czas sprawdzam, czy aby przypadkiem nie pojawiło się coś nowego. Mimo, że czasem czekam długo i nawet dłużej, to zawsze jest tak, że robię to po raz kolejny i kolejny, a gdy już znajdę tam coś nowego, z przyjemnością czytam.

"Gdybym na ten przykład był żurnalistą nie pisma "Zwierciadło", ale powiedzmy, "Super Expressu" czy też "Faktu" lub ich psich internetowych odpowiedników, mógłbym dziś napisać nie to, że Maciej Stuhr wydaje jedną myśl w miesiącu, ale dajmy na to, że wykupuje on całe województwo mazowieckie, będąc znanym Żydem, albo sensacyjnie donieść, że przepłynął basen żabką."*

Sama wyznaję zasadę, że jeśli nie ma się do powiedzenia nic mądrego, tudzież twórczego, lepiej nie mówić nic. Zwłaszcza, gdy chodzi o utrwalenie tego pisemnie.
Skupiając się już na pisaniu właśnie; zmuszanie się do pisania nikomu nie wyszłoby na dobre. Tekst w najlepszym wypadku wypadłby po prostu słabo, a nikt naciągania przecież nie lubi.
Jak w tytule, wydobywanie z siebie myśli wydaje się być czymś najprostszym, banalnym. Bo przecież każdy mówi, gada, paple, konwersuje, rozmawia.. Owszem, tak naturalnie jest. Jeśli chodzi jednak (zwłaszcza) o pisanie, i to pisanie czegoś dla kogoś, chyba każdemu autorowi zależy na tym, żeby owy tekst miał jakiś określony przekaz. Ażeby ten przekaz nie był kulejący jakościowo, trzeba poczuć potrzebę, iskierkę i przede wszystkim pomysł, by tym czymś podzielić się z innymi.

Stąd też przyznaję bezapelacyjną rację Panu Stuhrowi, że przecież wyprowadzić błyskotliwą myśl od czasu do czasu jest zdecydowanie lepiej, niż bezmyślnie paplać nonstop na lewo i prawo.

Oczywiście pisząc ten post, nie mam na celu usprawiedliwieni siebie i swojej nieobecności. Po prostu zestawienie momentu, w jakim aktualnie się znalazłam i aktualnej lektury przyniosło na mnie nieodpartą chęć podzielenia się z Wami kilkoma refleksjami na ten temat. Osobiście sądzę, że regularność i sumienność to dwie bardzo ważne cechy dobrego blogera, czasem to ideał, do którego powinniśmy dążyć (bądź który został osiągnięty, tymże chwała za to!).
Nie chciałam także moim tekstem nikogo urazić, jeżeli tak się stało, z góry po stokroć przepraszam. Jednak jest to moje subiektywne zdanie; subiektywne, ale prawdziwe. Bo przecież o to chodzi. O szczerość, prawda?
A Wy co myślicie na ten temat? Jestem niezmiernie ciekawa Waszego zdania :)

Zobacz również

6 komentarze

  1. Nigdy nie pomyślałabym, że Maciej Stuhr może być ważnym głosem w kwestii pisania, ale niewątpliwie ma rację. Nie jest może specjalnie odkrywcze to, że lepiej pisać dobrze, niż dużo, ale faktycznie, w dzisiejszych czasach (zwłaszcza jeśli ma się stałą rubrykę felietonową albo, właśnie, bloga) dobrze jest sobie o tym przypomnieć.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, nic nowego, ale to był po prostu właściwy tekst w odpowiednim czasie :) A jeśli chodzi o władanie piórem Stuhra, nie mam Mu jak na razie nic do zarzucenia (o tym niebawem..)

      Usuń
  2. Często, wielu blogerów zapomina o tym, że ważniejsza od ilości jest jakoś postów. Znam takich, którzy piszą wiele, jednak ich teksty są niedopracowane i aż roi się w nich od powtórzeń, błędów. Wolę pisać maksymalnie 8 postów miesięcznie, ale myślę, że przynajmniej nie grzeszą błędami... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtórzenia, błędy.. nie mówiąc już o kwestii sensu całości ;) a osiem postów na miesiąc to moim zdaniem całkiem przyzwoity wynik! ;)

      Usuń
  3. Ja miałam wielokrotnie taką inspirację, nie tyle co do pisania jak do malowania, rysowania etc. Ale najczęściej z zakończeniem robienia danej czynności pod wpływem tzw. „weny” stwierdzałam, że to, co zrobiłam jest badziewne i często kartka taka lądowała w śmieciach…

    Jeśli chodzi o blogosferę to odwiedzam przede wszystkim te blogi, których autorami są osoby, które znam lub/i są moimi przyjaciółmi w tzw. „realu” oraz te strony, których autorzy poświęcają swój cenny czas na dogłębne czytanie i komentowanie (czasem chaotycznych i mało składnych) postów. Jest to taka forma „podziękowania” za poświęcony czas (zresztą sama tego doświadczasz na własnej skórze ;)). A jeśli chodzi o składność i język takich blogów to różnie z tym bywa. Ogólnie mówiąc nie poświęcam swojego czasu tym, którzy nie chcą choć 5 min. poświęcić moim wypocinom, bo szkoda mi po prostu czasu. Wolę w tym czasie m.in. poczytać i poprzeglądać inne blogi (niekoniecznie je komentując) – Jezu jak zwykle gadam chaotycznie, wybacz mi!

    „Sama wyznaję zasadę, że jeśli nie ma się do powiedzenia nic mądrego, tudzież twórczego, lepiej nie mówić nic.” – dokładnie, w końcu nie od parady jest przysłowie „milczenie jest zlotem”. Ja borykam się z takim problemem, że czasami nie potrafię wyrazić słowami tego, co czuję, co jest naprawdę trudne, więc milczę. Czasami nie da się obejść bez „zmuszania”, ponieważ widmo nagromadzonych książek do recenzji (a czytam regularnie) jest chyba gorsze niż takie „zmuszanie”. Ja ostatnio praktykuję zasadę nic na silę, piszę kiedy uznam, że poukładam sobie wszystko w głowie, albo kiedy „odpoczynek” za bardzo się wydłuża. Przykładowo „Miniaturzystkę” skończyłam czytać 16 grudnia, a za recenzję zabrałam się 25 (na brudno), bo „wypadało” już napisać, by nie nadwyrężać cierpliwości Pani z wydawnictwa. Mam tylko nadzieję, że takie „zawieszenia” nie rzutują na moim stylu i składności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie bardzo mi miło, że masz ochotę poświęcić mi chwilę czasu, którego ostatnio chyba wszystkim coraz bardziej brakuje.. (stąd ta rozbieżność czasowa w odpisywaniu na Twoje komentarze - nie zdążyłam na raz odpisać na wszystkie, chcąc napisać coś od siebie, a nie na "odwal się")

      Wiadomo, czasem "zmusić" każdy się musi ;) ja mam tak czasem, ale gdyby nie to, pewnie te moje powroty nie miałyby najmniejszego sensu. Zostawiłabym wszystko raz na zawsze, a potem zostałby mi tylko żal i wspominanie, dlaczego ot tak to wszystko porzuciłam.

      Zawieszenia się zdarzają każdemu, dlatego moja wyrozumiałość w tej kwestii jest baaardzo rozległa ;) (życzę Ci, by tej Pani z wydawnictwa też!)

      Usuń