W krzywym zwierciadle - Maciej Stuhr

Tytuł: W krzywym zwierciadle Autor: Maciej Stuhr Wydawnictwo: Zwierciadło Moja ocena: 6/10 Pierwsza styczność z piórem Stuh...

Tytuł: W krzywym zwierciadle
Autor: Maciej Stuhr
Wydawnictwo: Zwierciadło
Moja ocena: 6/10

Pierwsza styczność z piórem Stuhra miała u mnie miejsce całe wieki temu, bo aż przeszło trzy lata wstecz, jeszcze jako smarkate dziewczę, które przechodziło okres młodzieńczego buntu. Byłam natenczas owładnięta pyszną myślą, że skoro czytam książki i to całkiem sporą ich ilość, to przecież jestem ponad to, co mnie otacza. Będąc na wakacjach na wsi, tuż przed moim powrotem natrafiłam w kiosku na egzemplarz wówczas lipcowego wydania „Zwierciadła”. Jadąc pociągiem, gazetę czytałam dumnie jak paw, bo przecież to takie „dorosłe” czasopismo. Moją uwagę przykuł felieton „Po lekturze chwalić publicznie”.

Po tych trzech latach (i dość długim wstępie, ech) całkiem przypadkowo w moje ręce trafił zbiór felietonów wydawanych comiesięcznie w „Zwierciadle” w rubryce zajętej przez Macieja Stuhra. Mimo wszechogarniającej nagonki na moją osobę (nauka do sesji, konkurs, prawo jazdy, święta) rozpoczęłam lekturę szybciej niż się spodziewałam.
Książka składa się z, można powiedzieć dwóch części. Na pierwszą składa się 41 felietonów wydanych na przestrzeni 4 lat, zaś część drugą stanowi swego rodzaju opowieść filmowa składająca się kolejno z dwunastu rozdziałów. Jako, że mam skrajnie różne odczucia co do obu części, naturalnie oddzielnie je potraktuję.

Jeśli chodzi o felietony, w telegraficznym skrócie, jestem nimi totalnie oczarowana. Nie mogę uczepić się niczego, bo przecież język jest taki cięty, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednocześnie bawi, ale również skłania do refleksji, szokuje i czasem wręcz oburza. Wywołuje wachlarz emocji u człowieka, ale to bardzo dobrze. Przecież felietony są po to, aby w błahych z pozoru tematach przedstawiać niecodzienne stanowisko ich autora. Przecież dobry felieton, nawet napisany o „niczym” może zaciekawić czytelnika (s. 85 „Na 3 tysiące znaków” – niby o niczym ;)). Okazuje się więc, że Maciej Stuhr jest nie tylko świetnym polskim aktorem, ale także zaskakująco dobrze posługującym się piórem człowiekiem.
Najbardziej do gustu przypadł mi tekst o tytule „Autostopowicz” znajdujący się na s. 49. Urzekł mnie chyba tym, że treścią, a może bardziej charakterem, odbiega wyraźnie od reszty. Nie tyle mnie rozbawił, co sprawił, że zaszkliły mi się oczy. Więcej nie powiem nic, zachęcam jednak do przeczytania.

Druga część czyli krótka powieść (?) pt. „Utytłani miłością” nie przemówiła do mnie już tak jak uprzednio seria krótkich tekstów. Nie jestem do końca pewna czy zrozumiałam istotę tej historii (może nie, taka głupia jestem), a jeżeli zrozumiałam to po prostu niezupełnie złapałam ten typ poczucia humoru. Mimo, że autor to wciąż ta sama osoba, która choćby w „Jesteśmy drużyną narodową” sprawiała, że szczerzyłam się do książki w tramwaju, to zwyczajnie nie czułam tego. Historia wydawała mi się nieco absurdalna; zapewne celowo przerysowana, ale jednocześnie jakoś dla mnie sztuczna. Co rusz napotkać można liczne nawiązania do polskiej areny filmowej parodiujące tąż. Czasem istotnie zabawne, miejscami jednak aż nazbyt „suche”. Pomyślicie teraz, że „Utytłani miłością” to chłam, nie warty przeczytania ani jednej jego strony. Otóż nie jest tak. Czyta się ją (jak całą książkę) bardzo szybko i całkiem lekko, sama fabuła dosłownie przepływa nam przez palce. Jednak gdy chodzi o mnie po prostu nie jest to coś, co rzuciło mnie w tej książce na kolana. Okej, ale według mnie bez rewelacji.

Skąd więc u mnie taka a nie inna ocena? Otóż gdybym miała oceniać poszczególne części tej książki; pierwsza dostałaby zasłużoną dziesiątkę, zaś ta druga tylko piąteczkę. Czemu więc oceną końcową jest zaledwie szóstka? Jako, że druga część była częścią drugą, a moja ocena zawsze bierze pod uwagę to, jakie wrażenia mam bezpośrednio po przeczytaniu książki, na koniec pozostał mi pewien niedosyt, który spowodował taką właśnie notę.


Nic nie zmienia jednak faktu, że serdecznie polecam wszystkim tą książkę. No, może nie wszystkim; wszystkim tym, których mój opis mimo wszystko nie odstraszył :D Błyskotliwy język, miejscami specyficzny, ale wciąż charakterystyczny dla Stuhra humor to zdecydowane powody by jednak sięgnąć po tą książkę.

***

Przy okazji pochwalę się, jaka niespodzianka mnie dziś zastała, gdy sprawdziłam moją skrzynkę e - mailową. W odpowiedzi na mojego maila z kilkoma miłymi słowami i linkiem do ostatniego posta, pan Maciej odpisał mi osobiście (niby parę słów, niby nic, ale jak cieszy ;))


Zobacz również

5 komentarze

  1. Ciekawa pozycja. Macieja Stuhra znałam i doceniałam jako aktora, nie wiedząc o jego pisarskiej stronie. Kto wiem, może kiedyś to nadrobię. Szczególnie, że felieton to jednak z moich ulubionych form. ;)
    To bardzo miłe ze strony ludzi w pierwszych stron gazet, kiedy zainteresują się nami, zwykłymi szaraczkami. Nie dziwię się więc, że cieszy Cię ten mail. :)
    sklep-z-pamiatkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeważnie bywa tak, że gdy jakiś aktor/aktorka/celebryta wydaje swoją książkę, nie jest to nic nadzwyczajnego, za to tutaj miła odmiana ;) pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Chętnie przeczytam kiedyś tę książkę. Miło ze strony pana Macieja, że napisał takiego maila :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdzieś kiedyś miałam już okazję czytać recenzję tej pozycji, ale nie ukazywała ona żadnych minusów, a to zawsze lekko wydaje się mi się "podejrzane". Wolę jednak wiedzieć wcześniej, czego się spodziewać. Zaciekawiłaś mnie najbardziej "Autostopowiczem", z chęcią bym się z tą historią zapoznała.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdecydowanie mój ulubiony felieton z tego zbioru i serdecznie polecam Ci zapoznanie się z nim ;) PS. zwłaszcza na zbliżające się święta... ;)

      Usuń